Korzystając z ładnej pogody i dnia wolnego wybrałam się z Czarnymi na poszukiwanie fajnych miejsc spacerowych, które byłyby niedaleko od domu. Na dłuższy wypad z Groszkiem jeszcze się nie odważę 😉

Gdzieś w necie mignęła mi nazwa Wąwóz Szaniawskiego w Jadwisinie. Nigdy o nim nie słyszałam, no więc tam pojechaliśmy. Miejsce okazało się bardzo urokliwe i ciche.

Dojazd jest bezpośrednio z DK61 – zjeżdżamy w prawo na Jadwisin i jedziemy za znakami do samego końca miejscowości. Tam kończy się asfalt, a my jedziemy dalej żwirową drogą w dół wąwozu. Dojeżdżamy do Klubu Mila w Zegrzynku – tam można zaparkować tuż przy wejściu do Wąwozu. Dalej już tylko piechotą 🙂 

Tablice informacyjne
Tablice informacyjne

Wyczytałam że gdzieś tam są ruiny Dworku Szaniawskich, który spłonął w 1977 roku, a że pasjami lubię takie miejsca, a Czarne też kochają wszelkie dziury – to nastawiłam się że idziemy szukać dworku…

Zdziwiłam się 😉 Minęliśmy pozostałości dawnej bramy wjazdowej i tablice informacyjne z opisem Wąwozu i dworku, ale gdzie sam dworek? Futrzaki buszowały zawzięcie w krzakach i chaszczach, wlazły na coś-jakby-schody… Pomyślałam że to pewnie wejście na jakąś wyższą ścieżkę, więc może tam znajdę pozostałości dworku. No to wlazłam za nimi…i niczego nie znalazłam. Nie ma tam żadnej ścieżki, właściwie to nic tam nie ma poza dwiema jakimiś jamami z ceglanych murów… Ej, no serio? Zeszłam na dół przyjrzeć się jeszcze raz zdjęciom na tablicy… 

Tak to kiedyś wyglądało…

Okazało się, że te jakby-schody to naprawdę były schody prowadzące do drzwi Dworku Szaniawskich. I tylko te schody zostały plus dwie jamy – pozostałość po jakichś piwnicach 🙁 A reszta – zniknęła wśród drzew, pnączy i krzaków i świat o tym zapomniał. Las upomniał się o to, co mu kiedyś odebrano.

Nawet stojąc na schodach i patrząc na zdjęcie trudno mi było sobie wyobrazić, że w miejscu przede mną stał kiedyś całkiem duży, porośnięty dzikim winem dworek. Cóż… nie było nas – był las, nie będzie nas – będzie las… 

 

 

A tyle zostało teraz…schody prowadzące donikąd.

Nie dane mi było jednak zbyt długo stać i dumać, nie tym towarzystwie 😀 Kapsel zszedł z powrotem na ścieżkę, więc naturalnie Groszek pognał w te pędy za nim niepomny że jest na długiej lince, której drugi koniec mam w ręce. Usiłowałam zbiec, ale wykonałam jedynie coś pomiędzy biegiem, lotem a upadkiem – te schody są bardzo strome, wąskie i stopa się na nich nie mieści. Na szczęście skończyło się tylko na kilku siniakach i wystraszeniu futer awaryjnym lądowaniem 😀

 

Ale swoją drogą – jak tamci ludzie po tym chodzili, że nikt sobie karku nie skręcił?!

Idziesz czy nie…?

Zaduma się ulotniła i poszliśmy dalej ścieżką wzdłuż brzegu Narwi. Mimo dnia wolnego nie było prawie nikogo, za to piękne miejsca widokowe zachęcały do dłuższego postoju. Jeśli wybierzecie się tam z rodziną, to spokojnie jest gdzie zrobić sobie postój na piknik czy spóźnione śniadanie – są ławeczki i kosze na śmieci, a trasa jest na tyle łatwa i krótka, że nawet młodsze dzieci spokojnie dadzą radę ją przejść.

Jeśli będziecie szli z psami – pamiętajcie o zapięciu ich na smycz lub linkę, bo tam miejscami brzeg rzeki jest wysoki, a nie wszystkie psy mają instynkt samozachowawczy 😀

 

 

Ruinki czegoś…

Groszek robił co mógł żeby wpaść do wody, a przy okazji wymoczył solidnie całą linkę, żeby zaraz potem zrobić jej „panierkę” z piasku i błota…skutkiem czego wróciłam do domu solidnie brudna 😉

Po drodze jest jeszcze coś takiego – pozostałość jakiegoś domu, nie mam pojęcia co to ani czyje bo nic na ten temat nie znalazłam. Ale ponieważ było po drodze, to tam też wleźliśmy 😉 Zawsze warto wykorzystać okazję do przećwiczenia zostawania w różnych dziwnych miejscach 😉 Chciałam wejść do środka i sprawdzić czy da się wejść na górę, ale zrezygnowałam ze względu na mnóstwo szkła na podłodze. Futra oczywiście polazłyby za mną, a wolałam nie ryzykować całości ich łapek 😉 

 

Pomost – tratwa

Ścieżka kończy się pięknym widokiem na Narew, obok ośrodka szkoleniowego. Jest tam też przystań dla jachtów i pomosty. Kocham takie pomosty-tratwy – nie są ustawione na palach wbitych w dno, ale pływają na pływakach 🙂 Czyli – bujało cudnie, więc oczywiście tam też weszliśmy 😀 Przy okazji chciałam sprawdzić czy Groszek nie boi się bujania na fali – tak a’konto letniego wyjazdu na jeziora 😀 Na szczęście oba moje psy mało czego się boją 😉 Myślę że komendę „zostań” w dziwnych miejscach młody ma już całkiem nieźle opanowaną 😀

Similar Posts